Drogą kupna nabyłam dzisiaj "Zwierciadło". I w tymże "Zwierciadle" znajduje się wywiad z
Davidem Lynchem. Jak znalazł do tego tematu, więc przepisałam i wklejam. Mam nadzieję, że kogoś zainteresuje.

"ZANURKOWAĆ W GŁĄB SIEBIE"
Autor "Dzikości serca", "Blue Velvet", "Miasteczka Twin Peaks". David Lynch to reżyser, który zbratał kino popularne z artystycznym i mówi w nim mocnym, odrębnym głosem. Nowe pomysły wyławia po wizytach na najgłębszych poziomach świadomości. Mistrz mrocznych kadrów i poetyki sennego koszmaru, artysta wszechstronny wciąż sprawia niespodzianki.Rozmawia Dariusz Stańczuk
-
W książce "W pogoni za wielką rybą" opisujesz swoją metodę twórczą i wpływ medytacji na proces kreacji artystycznej. Twój najnowszy film ma być dokumentem o medytacji. Kto będzie w obsadzie? Ponoć jeden z uczniów Maharisziego Mehesza Jogiego, Paul McCartney nie jest bez szans...- To na razie tajemnica i pozostańmy przy tej wiedzy.
-
Czym jest dla ciebie medytacja transcendentalna i skąd u ciebie, Amerykanina z prezbiteriańskiej rodziny, takie fascynacje?- Medytacja transcendentalna to prosta mentalna technika, która pozwala każdemu zanurkować, zejść w głąb siebie i doświadczać najgłębszych poziomów życia: bezgranicznej, nieskończonej, wiecznej świadomości. To jakby przestrzeń zjednoczonych współczesnych nauk, w terminologii chrześcijan byłoby to Królestwo Niebieskie, które właśnie leży w nas. To obcowanie z absolutem, jaźnią, konstytucją wszechświata. To właśnie transcendencja - boski byt wewnątrz każdej istoty ludzkiej.
-
To bardzo ogólna definicja. Czy możesz ją nieco skonkretyzować?- Zaintrygowało mnie zdanie, że "prawdziwe szczęście nie leży na zewnątrz, a wewnątrz, w samym człowieku". Brzmiało bardzo prawdziwie, choć oczywiście jeszcze nie wiedziałem, jak się do tego wnętrza dostać. Pewnego dnia wpadłem na pomysł, że może medytacja będzie w tym pomocna. Bardzo szybko przekonałem się, że istnieje wiele form medytacji, ale żadna nie była dla mnie odpowiednia. Wreszcie moja siostra powiedziała mi o medytacji transcendentalnej. Praktykowała już wtedy pół roku. Słyszałem pozytywną zmianę w jej głosie, wydawała się szczęśliwsza, bardziej pewna siebie. Spodobało mi się to, co od niej usłyszałem. Od tamtej chwili, czyli od 36 lat, medytuję dwa razy dziennie.
-
Jakie korzyści płyną dla ciebie z medytacji?- W badaniach nad funkcjonowaniem mózgu z użyciem sprzętu EEG dowiedziono, że praca całego mózgu, tzn. całkowita koherencja półkul mózgowych, występuje jedynie wtedy, gdy ktoś doświadcza transcendencji. To niemalże jak cud...
-
Podobno kiedyś przykuli twoją uwagę jogini siedzący ze skrzyżowanymi nogami gdzieś w indyjskich lasach. To prawda, że ty, przybysz z Zachodu, zobaczyłeś w nich ludzi, którzy nie tracą czasu?- Nie można zapominać, że medytacja transcendentalna niesie ze sobą kreatywność. Jeśli potrzebujesz większej kreatywności, nurkujesz w głąb siebie i po nią sięgasz. Podobnie gdy chcesz być szczęśliwszy. Nie jest to ani koncentracja, ani kontemplacja, bo w obu tych przypadkach pozostajesz na powierzchni. Wrodzona zdolność ludzkiego umysłu to podążanie w kierunku obszarów większego szczęścia. Mantra Maharisziego Mehesza Jogiego - pewna formuła na odpowiednim wibrującym dźwięku - zmienia świadomość od wewnątrz. Zstępujesz w głąb i nagle - bum! - jesteś na poziomie nieskończonego szczęścia. Doświadczasz przypływu pomysłów, bo wypływasz na ocean wszechwiedzy - to właśnie intuicja, a intuicja dla artysty to narzędzie numer jeden!
-
A jak to się dzieje, że korzystając z pokładów uspokojenia i łagodności, płynących z medytacji, tworzysz potem w filmach nieraz bardzo brutalne sceny?- Nie wykorzystuję medytacji wprost do wyławiania pomysłów, ale dzięki niej powiększam łowisko. Bo medytacji mam więcej świeżości, energii i nie mogę się doczekać, by wyjść z pokoju i zacząć łowić pomysły.
-
Ale pokazujesz przemoc, bo...?- ... bo ona istnieje.
-
Kręcąc "Zagubioną autostradę", myślałeś o sytuacji, w której umysł oszukuje siebie, by uciec przed jakimś potwornym wydarzeniem. W tym i innych twoich filmach pojawiają się charakterystyczne motywy: pozornie pogubione wątki, plątanina korytarzy, płomienie, tajemnicze pokoje w różnych kolorach, kotary. Skąd akurat taki zestaw lejtmotywów?- Pomysłów dostarcza mi nasz brutalny i absurdalny świat.
-
Stale poszukujesz nowych środków wyrazu artystycznego. Malarstwo, fotografia, instalacje, muzyka... Litografii spróbowałeś już na studiach, ale tak na serio ponoć całkiem niedawno?- Zaczęło się od uruchomienia "The Air Is On Fire" - pierwszej wystawy moich prac w paryskiej Fundacji Sztuki Współczesnej Cartiera. Potem dzięki osobie, która prowadzi tę fundację, trafiłem do liczącego 150 lat studia litograficznego Idem. Mają tam taki sprzęt, że pomyślałem: jestem w niebie... W końcu zaproszono mnie, bym robił tam swoje litografie - przez ostatnie dwa lata wykonałem ich około 80. Uwielbiam to miejsce i sam proces tworzenia - pracuję na tych samych kamieniach litograficznych co Picasso i Miró!
-
Dlaczego mawiasz, że lubisz złe malarstwo, źle wykonane obrazy?- Lubię dotykać samej farby, lubię ją czuć. Obecnie fascynują mnie trójwymiarowe obiekty i fenomen przedmiotów organicznych. To niezwykłe, co można osiągnąć, pracując z farbą, kiedy cofasz się w czasie i uzyskujesz wolność... z dzieciństwa. Jest sporo wielkich malarzy technicznie doskonałych. Malują na płaskich powierzchniach naprawdę piękne rzeczy, ale to nie jest coś, co mnie osobiście porusza.
-
Pojawił się w twoim życiu ćwierć wieku temu, w "Blue Velvet" wystąpił w roli pianisty w nocnym klubie, gdzie śpiewała Isabella Rossellini - twój ulubiony kompozytor Angelo Badalamenti. Mawia się już o nim "kompozytor Lyncha".- Angelo i ja jesteśmy jak bracia. Z jakichś powodów po prostu uwielbiamy swoje towarzystwo. Jako kompozytor ma wielki dar - wszystko, czego potrzebuje, to słowa. Potrafię sprawić, by robił swoją robotę, opisując mu swoje pomysły konkretnymi słowami. Wypowiadam słowa, a on je gra - tak to się odbywa. Kiedy już złapie sens mojej wypowiedzi, wszystko z niego wypływa i temat, który się pojawia, jest naprawdę głęboko piękny.
-
W książce "W pogoni za wielką rybą", pisząc o przyszłości kina, martwisz się zanikaniem doświadczeń związanych z wielkim ekranem, dźwiękiem i takim włąśnie wchodzeniem w świat kina... Dlaczego efekty dźwiękowe i sound design są dla ciebie tak ważne?- Mam taką dyżurną formułę opisującą, czym jest kino: to dźwięk i obraz płynące równocześnie w czasie. Jeżeli chodzi o sound design - jest to zbiór różnych dźwięków, zarówno tych konkretnych, jak i tych bardziej abstrakcyjnych, takich, które zbliżają się do muzyki, stwarzają nastrojowość w filmie. No i wreszcie jest sama muzyka... I dopiero wszystkie te elementy razem mogą wyczarować, wywołać w człowieku rzeczy nie do zrealizowania w żaden inny sposób! To jest właśnie magiczny język kina.
-
W łódzko-hollywoodzkim "Inland Empire" twoje muzyczne kompozycje to choćby "Polish Night Music", także "Polish Poem"...- Napisałem do tego muzykę i tekst, częściowo opierając się na liście, jaki otrzymałem od pewnej dziewczyny z Polski. Uwielbiam ten utwór.
-
W twoich filmach brzmi coraz więcej twoich utworów - może inspiruje cię kolega po fachu Clint Eastwood, jednocześnie reżyser i kompozytor w swoich produkcjach?- To prawda, Clint Eastwood mnie zainspirował... (śmiech). Doceniam to, że tak angażuje się w muzykę. Szczerze mówiąc, nie jestem równie dobrym muzykiem jak on, jestem za to o wiele lepszym reżyserem (śmiech).
-
Ważni dla ciebie mistrzowie kina to: Billy Wilder, Orson Welles, Werner Herzog, Stanley Kubrick, Alfred Hitchcock, Francis Ford Coppola i dwaj giganci - Federico Fellini i Ingmar Bergman. Podobnie jak ten ostatni lubisz poetykę snu, koszmaru, opowiadasz historie kobiet w opresji...- Nie jestem pewien, dlaczego tak się dzieje, ale film Bergmana albo Felliniego zawsze mnie porusza. To zupełnie odrębne kino, która ma bardzo wiele wspólnego z tajemnicą, także z tym samy rodzajem abstrakcji, jaki my, istoty ludzkie, znajdujemy w snach. Każdy z nich ma swój sposób na to, by zabierać mnie do tych światów - to nie są moje światy, nie znam ich zbyt dobrze, ale uwielbiam w nich być.
-
We Francji okrzyknięto "Inland Empire" najlepszym z twoich filmów, to po nim dostałeś w Wenecji Złotego Lwa. Sporo tam zaskakującego dla twojej estetyki poczucia humoru, mam wrażenie, że drwisz z gatunku telewizyjnego show. Pod koniec filmu aktorka grana przez Laurę Dern umiera na chodniku na oczach bezdomnych i wykolejonych - to też może uchodzić za drwinę z hollywoodzkiego gwiazdorstwa, za którym kryją się często wielkie dramaty.- Raczej nie robię filmu po to, by z kogoś drwić, to byłoby absurdalne, nie chcę być ptakiem przedrzeźniaczem. Chcę, podążając za pomysłem, wchodzić w nowe światy. I sprawiać, by to doświadczenie było realne. Jeśli pojedziesz do Hollywood, zobaczysz, że jest to jakiś mikrokosmos mikrokosmosu, kompilacja różnych rzeczywistości. To jest wspaniałe! W filmie "Inland Empire" też jest wiele różnych światów, ale jak dla mnie nie a tam tego rodzaju drwiny. Mówi się, że świat jest takim, jakim go widzimy - to mądre powiedzenie. Każdy ma świadomość, ale nie każdy ma jej tyle samo. Zatem każdy widz w kinie doświadcza czegoś innego, bo przychodzi z innym bagażem doświadczeń.
-
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że w tym filmie jednak krytykujesz pewne aspekty Hollywood...- Spotykam się z podobnymi głosami, choć niezupełnie o to mi chodziło. Chciałbym być w Hollywood w tych czasach, kiedy było tak wiele entuzjazmu i bliskości aktorów, reżyserów. To dlatego dochodziło do tylu fantastycznych projektów, mówiło się o złotym wieku Hollywood. Teraz tej wolności nie ma, przynajmniej ja jej nie mam. Ale i tak uwielbiam tak żyć i mieszkać. Wciąż można poczuć tę magię, kiedy wiosną czy na początku lata wieczorami pachnie kwitnący jaśmin - to jest jak sen.
-
W filmach "Zagubiona autostrada" czy "Inland Empire" dużo jest mroku, zdaje się, że te ciemności filmujesz coraz chętniej... Czy to możliwe, by w twoim ostatnim filmie światło - nieco symbolicznie - zgasło prawie zupełnie?- Ja tego tak nie postrzegam. "Inland Empire" i inne filmy, owszem, mają bardzo wiele ciemnych kadrów. Zawsze powtarzam, że kiedy w kadrze jest ciemność, to symbolizuje ona nieznane. Niektórzy ludzie zupełnie nie chcą w to wchodzić, inni - przeciwnie, chcą zgłębiać właśnie to, co nieznane. Ciemność to nie jest synonim zła, to raczej tajemnica. W ciemnościach można wiele odkryć, to pole do doświadczeń, które mogą poprowadzić do czegoś wielkiego. Istoty ludzkie pociąga tajemnica, a tę reprezentuje właśnie ciemność. Ciemność to coś niezgłębionego. Działa jak magnes i to mi się w niej podoba.
-
Na rewitalizowanym terenie Dworca Łódź Fabryczna i byłej elektrociepłowni miało powstać Camerimage Łódź Center i tzw. EC1, w tym twoje studio. CŁC miało być siedzibą festiwalu Plus Camerimage, imprezy firmowanej także przez ciebie. Jak zareagowałeś na decyzję Marka Żydowicza o wyprowadzeniu festiwalu z Łodzi?- Odpowiedź na to pytanie wymaga uprzedniej odpowiedzi na inne pytanie: co sprawiło, że Marek Żydowicz w ogóle pomyślał o tym, by wyprowadzić festiwal z miasta. Odpowiedź brzmi: on i festiwal nie czują się już dobrze w Łodzi, a to przez grupę, która usunęła prezydenta Kropiwnickiego i odrzuciła nasze plany budowy supernowoczesnego centrum. Chcieliśmy stworzyć wspaniały kompleks zabudować projektu Franka Gehry'ego, który uwzględniałby potrzeby nie tylko festiwalu, ale także różne, choćby teatralne imprezy. Marek Żydowicz, ludzie związani z festiwalem oraz wiceprezydent Tomaszewski chcieli zrobić z Łodzi miejsce, gdzie kwitłoby życie kulturalne Polski, ośrodek, który tym samym przyciągałby biznes z całego świata. To, że inne miasta interesują się teraz zorganizowaniem festiwalu u siebie, rozumiem tak samo jak to, że jeśli ktoś gdzieś źle się czuje, myśli o przeprowadzce. Było tyle entuzjazmu w dążeniu do tego, by zrobić z Łodzi naprawdę atrakcyjne miasto, ale ten żar oblano zimną wodą. Ci, którzy urządzili ten lodowaty prysznic, powinni dwa razy się zastanowić - gdyby wszyscy razem mogli pracować dla Łodzi, każda ze stron byłaby wygrana.
-
Przeprowadzka festiwalu zaszkodzi łódzkiemu centrum, ale i twojemu studiu w ramach EC1. Uruchomisz studio tam, gdzie ulokuje się Plus Camerimage?- Marzenie o łódzkim EC1 wciąż żyje, ale jego realizacja zależy od grupy rządzącej teraz Łodzią. Myślałem o EC1 jako o przestrzeni kreatywności i inspiracji. Mogłyby tam współistnieć różne rodzaje twórczej aktywności: atelier malarskie, rzeźba w drewnie i gipsie, spawalnictwo artystyczne, taniec, teatr, muzyka, nagrania i montaż w filmowym studiu postprodukcyjnym. EC1 stymulowałoby procesy tworzenia poprzez galerie, w których wszystkie te prace byłyby wystawiane na sprzedaż. Zyski mogłyby być dzielone - twórcy byliby zadowoleni, znalazłyby się też fundusze na utrzymanie ośrodka. W zamyśle EC1 to strefa kreatywności, wymiany idei - chciałbym, by to przedsięwzięcie okazało się sukcesem, jest jednak warunek: wszystkie zainteresowane strony muszą naprawdę tego chcieć.
Autor jest dziennikarzem radia RMF Classic.Ciekawa jestem, jakie są Wasze refleksje po lekturze wywiadu. Jakie zrobił na Was wrażenie?
Osobiście przyznam, że część pierwsza podobała mi się znacznie bardziej. Tak mniej-więcej do refleksji na temat "Inland...", z nimi łącznie, bo potem już nie sposób nie irytować się zmarnowanymi szansami, więc na to spuszczam zasłonę milczenia.
Zdecydowanie najbardziej zapadło mi w pamięć:
- Ale pokazujesz przemoc, bo...?
- ... bo ona istnieje.A może macie swoje własne zdanie na temat twórczości Lyncha - tego, co wspomniane w wywiadzie, ale i zupełnie odrębnych, własnych doświadczeń filmowych z tym reżyserem? Zapraszam do dyskusji!