forum.ifilm.pl
  Gry On-Line  |  Czat  |  Groteka  |  Pomoc  |  Załoga  |  |  iFilm.pl  
Wrzesień 09, 2010, 15:11:50 *
Witamy, Gość. Zaloguj się, lub zarejestruj proszę.

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Aktualności:
 
   Główna   Regulamin Szukaj Quiz Zaloguj się Rejestracja  

Strony: [1]   Do dołu
  Drukuj  
Autor Wątek: Mistrzowie  (Przeczytany 842 razy)
0 użytkowników i 1 Gość przeglądają ten wątek.
TeskaAutor tematu
filmożerca
Moderator
Gaduła
*****

Filmożerca
Offline Offline

Płeć: Kobieta
Status: Aktywny
wiadomości: 1667

"You have no brain"


Wyróżnienia(1)
« : Kwiecień 02, 2010, 16:59:36 »

Fellini, Antonioni, Lynch i długo by tak wymieniać... Każdy o nich słyszał. Uważani są za mistrzów kina. Każdy z nich stworzył indywidualny rodzaj narracji filmowej. Powielani, kopiowani- jednym słowem są inspiracjami dla wielu twórców.
A jacy są Wasi Mistrzowie? Czy macie jakiegoś reżysera, na którego film idziecie do kina na ślepo wiedząc, że nie zawiedziecie się?
Zapisane
Kal.
Kinomaniak
Moderator
Gaduła
*****

Najbardziej kulturalny użytkownikNajbardziej tolerancyjny użytkownikFilmożerca
Offline Offline

Status: Aktywny
wiadomości: 2170


WWW Wyróżnienia(3)
« Odpowiedz #1 : Kwiecień 02, 2010, 21:54:10 »

Nie wiem, czy "Mistrzowie", ale na pewno ich nazwiska przyciągają mnie do kina.

Quentin Tarantino
Wciąż nie obejrzałam wszystkich jego filmów, ale i tak zajmuje chyba najwyższe miejsce w moim prywatnym rankingu reżyserów. Doceniony przede wszystkim za "Pulp Fiction", mnie ujął jednak "Kill Billem" (choć i pierwszy film zrobił na mnie ogromne wrażenie).
Podziwiam go za umiejętność tworzenia małych perełek z poszczególnych scen - to dzięki temu staja się one kultowe, a cytaty z nich znam na pamięć, nawet obudzona o północy. No i za odkrycie kilku moich ulubionych aktorów, choćby Bruce'a Willisa czy Michaela Madsena. Za udowodnienie, że ci, których się gdzieś tam zaszufladkowało (np. Daryl Hannah, Brad Pitt) potrafią zagrać silne, zapadające w pamięć postaci. Za niebanalność, za oczko do widza. No, chyba po prostu za wszystko. Z niecierpliwością będę czekała na obiecywaną, trzecią część "Kill Billa", nawet jeśli będę miała wtedy już 22 czy 23 lata.

Tim Burton

Tu też urodziłam się za późno, by móc poznać sporą część jego filmów. ;) Nadal zatem wiele z tych najwcześniejszych - "Edward Nożycoręki", "Sok z żuka", "Jeździec bez głowy" - mam jeszcze przed sobą.
Dla wielu to pewnie wstyd, ale pierwszym filmem Burtona, jaki obejrzałam, był remake "Planety małp". <jezor> I, wierzcie lub nie, ale naprawdę mi się spodobało (może dlatego, że nie widziałam oryginału, który podobno jest dużo lepszy...)! Obejrzałam dla Heleny (którą pokochałam znacznie wcześniej niż jej partnera), a zostałam na stałe wielką fanką reżysera.
Potem poleciało już szybko - "Charlie i fabryka...", "Gnijąca panna młoda", "Sweeney Todd". Do tych filmów wracam najczęściej, bo i oglądanie na jednym ekranie dwójki bardzo przeze mnie lubianych aktorów - Heleny Bonham-Carter i Johnny'ego Deppa, w okazjonalnym towarzystwie Alana Rickmana, to czysta uczta dla mej duszy. Chwilowo jestem w trakcie oczekiwania na wersję DVD "Alicji w Krainie Czarów". <cwaniak>
Tim przemówił do mnie niepowtarzalnym klimatem, ale i pozornością (na takie akurat filmy trafiłam), groteską, fantasmagorycznym (ukochane słowo mojej P., jeśli chodzi o interpretacje wierszy ;)) charakterem jego filmów. Siadam w fotelu i na najbliższe godziny jestem w zupełnie innym świecie, którym na przemian bawi i przeraża, ale przede wszystkim intryguje.

To taka najważniejsza dwójka w moim rankingu, ale niżej znaleźliby się na pewno:

Guillermo del Toro
Przede wszystkim - wyprodukowanie "Sierocińca" i za "Labirynt fauna", które to filmy sprawiły, że poważniej zainteresowałam się kinem hiszpańskim. Kinem niebanalnym, bardzo estetycznym, bardzo plastycznym i bazującym na odczuciach wizualnych. Czyli takim, które oddziałuje na mnie najbardziej.

James Cameron
Wiem, wiem... <jezor> Ale skoro mam być szczera, to będę szczera.
To jest dla mnie reżyser mojego dzieciństwa. Stworzył te wszystkie filmy, które oglądałam z Tatą w ciemnym pokoju, w wielkiej tajemnicy przed Mamą; kiedy to wyłączaliśmy ekran telewizora za każdym razem, kiedy słyszeliśmy Jej kroki w pobliżu. "Terminator", "Obcy" (choć tylko jedna część, to jednak, bez dwóch zdań, moja ukochana) - jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, są obok bajek z wytwórni Disneya filmami, z którymi kojarzę swoje najwcześniejsze i najbardziej emocjonujące doświadczenia filmowe.
A za zarażenie mnie miłością do Sigourney Weaver, dzięki czemu miałam okazję obejrzeć tak fantastyczne produkcje, jak "Goryle we mgle", "Prayers for Bobby", "Wymyśleni bohaterowie" i wiele, naprawdę WIELE innych - jestem gotowa sławić go do końca świata. :lol:

Na razie tyle. Wypadałoby wspomnieć jeszcze nie jedno o reżyserach francuskich (François Truffaut, François Ozon) czy o legendach kinach, wymienionych przez Teskę, ale na dzisiaj ode mnie dość. ;)

Zapisane

TeskaAutor tematu
filmożerca
Moderator
Gaduła
*****

Filmożerca
Offline Offline

Płeć: Kobieta
Status: Aktywny
wiadomości: 1667

"You have no brain"


Wyróżnienia(1)
« Odpowiedz #2 : Kwiecień 03, 2010, 00:57:41 »

No to mamy podobnie!
Lubię specyficzne filmy, gdy ich akcja zawieszona jest między rzeczywistością a czymś magicznym. Gdzie granica pomiędzy nimi jest tak mała, że aż trudno rozróżnić z czym aktualnie mamy do czynienia.

Giuseppe Tornatore
To właśnie jego film na mojej prywatnej liście od dobrych paru lat zajmuje pierwsze miejsce (i jeszcze dłuuuugo nic go nie przebije). Mowa o "Cinema Paradiso". Film o miłości- z pozoru błahy. Jednak oprócz miłości dwojga ludzi jest jeszcze jedna- i to ona wysuwa się na pierwszy plan. Miłość do kina. Tornatore po części wzoruje fabułę na własnej biografii. Jednak by poczuć prawdziwą magię trzeba koniecznie obejrzeć wersję reżyserską- są to 3 godziny niesamowitego relaksu i wzruszenia (sama chociaż film znam już na pamięć i oglądam go nawet bez napisów- a jest po Włosku, za każdym razem ryczę jak małe dziecko). Od tego filmu zaczęłam poznawać twórczość Ennio Morricone, zainteresowałam się osobą Philippe'a Noiret. Filmem zupełnie innym jest "Czysta formalność". połączenie kryminału ze znakomitym filmem psychologicznym. Jest to popis dwóch wielkich artystów- Romana Polańskiego i Gerarda Depardieu. Jego największym atutem jest końcówka- cały film jest niejako układanką, wszystkie elementy powoli są odkrywane po to by na końcu dać pełen obraz. Samo odkrywanie może być dość męczące jednak dla zakończenia warto przecierpieć te 1,5 godziny- po prostu powala z nóg! Tymi dwoma filmami jestem najbardziej zafascynowana. Po drodze była jeszcze "Malena" w kolejce czeka "1900: człowiek legenda". 

Jednak jeśli chodzi o całokształt twórczości, najbardziej sobie cenie Tima Burtona.
Niesłychaną przyjemność sprawia mi oglądanie jego filmów jedynie zwracając uwagę na powiązania, odniesienia czy też wręcz kalki jakie stosuje z niemieckiego ekspresjonizmu. Czekanie na pewne symbole, które pojawiają się we wszystkich jego filmach. Zamiłowanie do groteski, specyficzne poczucie humoru. Oglądając jego film po prostu wiadomo kto go zrobił- styl nie do podrobienia. Ostatnimi czasy idzie bardziej w stronę kina komercyjnego- jego filmy z lat 90 zdecydowanie były lepsze, jednak nadal jest to wysoki poziom. Jestem bezgranicznie zakochana w "Vincencie". Animacja trwa zaledwie 5 minut jednak zawiera WSZYSTKO co cechuje późniejsze filmy Burtona: bohater outsider, twórczość E. A. Poe, motyw szalonego naukowca zaczerpnięty prosto z lat 30 jak i ekspresjonistyczna scenografia, mglisty Londyn, i przede wszystkim Vincent Price- jeden z autorytetów samego Burtona.
Niedawno oglądając "Sok z żuka" (wcześniej oglądałam ten film dobre 10 lat temu) ujęła mnie sama konstrukcja. Specyficzne dopasowanie muzyki do obrazu, idealnie nakreślone postacie. Jednak dopiero oglądając "Batmana" zobaczyłam jak motywy ekspresjonistyczne są widoczne w jego filmach. Dodatkowo zainteresowałam się Michaele Keatonem, zastanawiam się dlaczego wcześniej nie zwróciłam na niego uwagi. :)
Trudno wymienić jeden ulubiony jego film, jednak chyba najbardziej oczarowała mnie "Gnijąca panna młoda". Film wzorowany na wschodnio-żydowskiej legendzie (Burton lubi robić filmy oparte na dawnych wierzeniach czy legendach- podobnie w końcu jest z "Jeźdźcem bez głowy"). Oglądając ten film zwróciłam większą uwagę na kompozytora- Dannego Elfmana. Postanowiłam zagłębić się w jego twórczość- skutek- dzień bez odsłuchania motywu przewodniego z "Soku z żuka" i "Piano duet" to dzień stracony. ;D
Z niecierpliwością czekam na pełnometrażową wersję filmu "Frankenweenie", która według pewnych źródeł przewidziana jest na 2011 rok. Ma to być remake jednego z pierwszych filmów Burtona. Opowiada o psię- ulubieńcu domu, który podczas zabawy ze swoim panem wpada pod samochód i ginie. Chłopiec jednak tak jest do niego przywiązany że postanawia ożywić swojego przyjaciela. W tym momencie pojawia się ciąg motywów z Frankensteina. Tylko, że jest to taka psia wersja- coś genialnego! :D
Trochę trudno rozpisywać mi się na temat każdego filmu Burtona. Bo to materiał raczej na jakiś elaborat. Na razie widziałam 13 jego filmów, z ważniejszych zostały mi tylko 2. Kilka pierwszych jest niestety trudno dostępnych ale w końcu się i do nich dokopie. :)
Zapisane
Mysza_99
Chora na doktora
Moderator Globalny
Gaduła
*****

Najsympatyczniejszy użytkownikNajbardziej pomocny użytkownikNajbardziej aktywny użytkownikNajlepszy opiekun forumNajwiększy maniak forumNajbardziej tolerancyjny użytkownikNajlepszy debiutant na forumUżytkownik roku
Offline Offline

Płeć: Kobieta
Status: Aktywny
wiadomości: 3370

Adam Włodzimierz & Maja Aleksandra


Wyróżnienia(8)
« Odpowiedz #3 : Kwiecień 03, 2010, 01:10:28 »

No dobrze postanowiłam się udzielić, chociaż moje doświadczenia z tym reżyserem marne (nie chodzę do kina a i jego filmów niewiele widziałam). Dobra nie oszukujmy się - widziałam dwa. Jak dla mnie wystarczyło, żeby go pokochać (i te dwa filmy - a szczególnie jeden). O kim mowa? Pedro Almodovar, a filmy? "Wszystko o mojej matce" i "Porozmawiaj z nią". Oba filmy poznałam dawno temu i była to miłość od pierwszego wejrzenia. Zwłaszcza "Porozmawiaj z nią" - dwie pięknie opowiedziane i bardzo trudne historie - dwie kobiety, które zapadły w śpiączkę i dwóch mężczyzn, którzy muszą sobie z tym radzić. Historia niebanalna, do tego cudowna muzyka - kiedy pierwszy raz oglądałam ten film - serce biło mi jak oszalałe. Nie wiedzieć czemu. Rzadko mi się to zdarza - rzadko potrafię się wczuć w film, już nie mówiąc o opanowaniu emocji. Właściwie nie potrzebuję oglądać innych produkcji (chociaż chcę - baaardzo bym chciała, w miarę możliwości na pewno nadrobię) - ten jeden mi wystarczył, żebym mogła nazwać Almodovara 'moim' mistrzem ;) Nie potrafię pisać o kinie tak jak prawdziwi powyżsi filmożercy... ale ten reżyser sprawił, że pamiętam szczegóły filmu - a to się baaaardzo rzadko zdarza !!
Zapisane

"Bez Ciebie jestem za krótki na długą drogę przez świat
Bez Ciebie jestem malutki i wytłuc może mnie grad
Bez Ciebie jestem tak nudny, jak akademie "na cześć"
Bez Ciebie jestem tak trudny, że trudno siebie mnie znieść
Bez Ciebie jestem niepełny, jak czegoś ćwierć albo pół..."

Kabaret Starszych Panów
Kryminalna G :D
Chora na doktora !
Przyjaciel forum
****

Offline Offline

Płeć: Kobieta
Status: Aktywny
wiadomości: 611

Po prostu Maryś.


WWW

Ignoruj
« Odpowiedz #4 : Kwiecień 06, 2010, 17:22:21 »

Tim Burton, podpisuję się pod Waszymi słowami rękami i nogami. Niesamowity człowiek. Podobnie największy świr z tej branży - Quentin Tarantino, stworzył tyle kultowych tekstów, postaci. Można powiedzieć, że jako pierwszy dał szansę Travolcie, który przed "Pulp Fiction" grywał w takich sobie filmach.

Nie jest pewna, czy 'ambitny', ale bardzo przeze mnie ceniony Clint Eastwood. Jego filmy przepełnione są dramatyzmem i akcją, z domieszką humoru i zazwyczaj doborową obsadą. "za wszelką cenę" (oscarowy film!) i "gran torino" najlepiej odzwierciedlają Eastwooda za kamerą.

I bałkański reżyser, którego obejrzałam chyba najwięcej filmów, czyli Emir Kusturica. Każdy jest postrzelony po swojemu, ale on jest po prostu cholernie charakterystyczny. Po obejrzeniu minuty filmu po prostu wiadomo, że to on, a nie nikt inny. Bardzo polecam "Arizona dream" z Deppem w roli głównej oraz "Życie jest cudem".
Zapisane

Most of all I like liking you.
Kal.
Kinomaniak
Moderator
Gaduła
*****

Najbardziej kulturalny użytkownikNajbardziej tolerancyjny użytkownikFilmożerca
Offline Offline

Status: Aktywny
wiadomości: 2170


WWW Wyróżnienia(3)
« Odpowiedz #5 : Kwiecień 06, 2010, 22:33:50 »

Drogą kupna nabyłam dzisiaj "Zwierciadło". I w tymże "Zwierciadle" znajduje się wywiad z Davidem Lynchem. Jak znalazł do tego tematu, więc przepisałam i wklejam. Mam nadzieję, że kogoś zainteresuje.:)

"ZANURKOWAĆ W GŁĄB SIEBIE"

Autor "Dzikości serca", "Blue Velvet", "Miasteczka Twin Peaks". David Lynch to reżyser, który zbratał kino popularne z artystycznym i mówi w nim mocnym, odrębnym głosem. Nowe pomysły wyławia po wizytach na najgłębszych poziomach świadomości. Mistrz mrocznych kadrów i poetyki sennego koszmaru, artysta wszechstronny wciąż sprawia niespodzianki.

Rozmawia Dariusz Stańczuk

- W książce "W pogoni za wielką rybą" opisujesz swoją metodę twórczą i wpływ medytacji na proces kreacji artystycznej. Twój najnowszy film ma być dokumentem o medytacji. Kto będzie w obsadzie? Ponoć jeden z uczniów Maharisziego Mehesza Jogiego, Paul McCartney nie jest bez szans...
- To na razie tajemnica i pozostańmy przy tej wiedzy.

- Czym jest dla ciebie medytacja transcendentalna i skąd u ciebie, Amerykanina z prezbiteriańskiej rodziny, takie fascynacje?
- Medytacja transcendentalna to prosta mentalna technika, która pozwala każdemu zanurkować, zejść w głąb siebie i doświadczać najgłębszych poziomów życia: bezgranicznej, nieskończonej, wiecznej świadomości. To jakby przestrzeń zjednoczonych współczesnych nauk, w terminologii chrześcijan byłoby to Królestwo Niebieskie, które właśnie leży w nas. To obcowanie z absolutem, jaźnią, konstytucją wszechświata. To właśnie transcendencja - boski byt wewnątrz każdej istoty ludzkiej.

- To bardzo ogólna definicja. Czy możesz ją nieco skonkretyzować?
- Zaintrygowało mnie zdanie, że "prawdziwe szczęście nie leży na zewnątrz, a wewnątrz, w samym człowieku". Brzmiało bardzo prawdziwie, choć oczywiście jeszcze nie wiedziałem, jak się do tego wnętrza dostać. Pewnego dnia wpadłem na pomysł, że może medytacja będzie w tym pomocna. Bardzo szybko przekonałem się, że istnieje wiele form medytacji, ale żadna nie była dla mnie odpowiednia. Wreszcie moja siostra powiedziała mi o medytacji transcendentalnej. Praktykowała już wtedy pół roku. Słyszałem pozytywną zmianę w jej głosie, wydawała się szczęśliwsza, bardziej pewna siebie. Spodobało mi się to, co od niej usłyszałem. Od tamtej chwili, czyli od 36 lat, medytuję dwa razy dziennie.

- Jakie korzyści płyną dla ciebie z medytacji?
- W badaniach nad funkcjonowaniem mózgu z użyciem sprzętu EEG dowiedziono, że praca całego mózgu, tzn. całkowita koherencja półkul mózgowych, występuje jedynie wtedy, gdy ktoś doświadcza transcendencji. To niemalże jak cud...

- Podobno kiedyś przykuli twoją uwagę jogini siedzący ze skrzyżowanymi nogami gdzieś w indyjskich lasach. To prawda, że ty, przybysz z Zachodu, zobaczyłeś w nich ludzi, którzy nie tracą czasu?
- Nie można zapominać, że medytacja transcendentalna niesie ze sobą kreatywność. Jeśli potrzebujesz większej kreatywności, nurkujesz w głąb siebie i po nią sięgasz. Podobnie gdy chcesz być szczęśliwszy. Nie jest to ani koncentracja, ani kontemplacja, bo w obu tych przypadkach pozostajesz na powierzchni. Wrodzona zdolność ludzkiego umysłu to podążanie w kierunku obszarów większego szczęścia. Mantra Maharisziego Mehesza Jogiego - pewna formuła na odpowiednim wibrującym dźwięku - zmienia świadomość od wewnątrz. Zstępujesz w głąb i nagle - bum! - jesteś na poziomie nieskończonego szczęścia. Doświadczasz przypływu pomysłów, bo wypływasz na ocean wszechwiedzy - to właśnie intuicja, a intuicja dla artysty to narzędzie numer jeden!

- A jak to się dzieje, że korzystając z pokładów uspokojenia i łagodności, płynących z medytacji, tworzysz potem w filmach nieraz bardzo brutalne sceny?
- Nie wykorzystuję medytacji wprost do wyławiania pomysłów, ale dzięki niej powiększam łowisko. Bo medytacji mam więcej świeżości, energii i nie mogę się doczekać, by wyjść z pokoju i zacząć łowić pomysły.

- Ale pokazujesz przemoc, bo...?
- ... bo ona istnieje.

- Kręcąc "Zagubioną autostradę", myślałeś o sytuacji, w której umysł oszukuje siebie, by uciec przed jakimś potwornym wydarzeniem. W tym i innych twoich filmach pojawiają się charakterystyczne motywy: pozornie pogubione wątki, plątanina korytarzy, płomienie, tajemnicze pokoje w różnych kolorach, kotary. Skąd akurat taki zestaw lejtmotywów?
- Pomysłów dostarcza mi nasz brutalny i absurdalny świat.

- Stale poszukujesz nowych środków wyrazu artystycznego. Malarstwo, fotografia, instalacje, muzyka... Litografii spróbowałeś już na studiach, ale tak na serio ponoć całkiem niedawno?
- Zaczęło się od uruchomienia "The Air Is On Fire" - pierwszej wystawy moich prac w paryskiej Fundacji Sztuki Współczesnej Cartiera. Potem dzięki osobie, która prowadzi tę fundację, trafiłem do liczącego 150 lat studia litograficznego Idem. Mają tam taki sprzęt, że pomyślałem: jestem w niebie... W końcu zaproszono mnie, bym robił tam swoje litografie - przez ostatnie dwa lata wykonałem ich około 80. Uwielbiam to miejsce i sam proces tworzenia - pracuję na tych samych kamieniach litograficznych co Picasso i Miró!

- Dlaczego mawiasz, że lubisz złe malarstwo, źle wykonane obrazy?
- Lubię dotykać samej farby, lubię ją czuć. Obecnie fascynują mnie trójwymiarowe obiekty i fenomen przedmiotów organicznych. To niezwykłe, co można osiągnąć, pracując z farbą, kiedy cofasz się w czasie i uzyskujesz wolność... z dzieciństwa. Jest sporo wielkich malarzy technicznie doskonałych. Malują na płaskich powierzchniach naprawdę piękne rzeczy, ale to nie jest coś, co mnie osobiście porusza.

- Pojawił się w twoim życiu ćwierć wieku temu, w "Blue Velvet" wystąpił w roli pianisty w nocnym klubie, gdzie śpiewała Isabella Rossellini - twój ulubiony kompozytor Angelo Badalamenti. Mawia się już o nim "kompozytor Lyncha".
- Angelo i ja jesteśmy jak bracia. Z jakichś powodów po prostu uwielbiamy swoje towarzystwo. Jako kompozytor ma wielki dar - wszystko, czego potrzebuje, to słowa. Potrafię sprawić, by robił swoją robotę, opisując mu swoje pomysły konkretnymi słowami. Wypowiadam słowa, a on je gra - tak to się odbywa. Kiedy już złapie sens mojej wypowiedzi, wszystko z niego wypływa i temat, który się pojawia, jest naprawdę głęboko piękny.

- W książce "W pogoni za wielką rybą", pisząc o przyszłości kina, martwisz się zanikaniem doświadczeń związanych z wielkim ekranem, dźwiękiem i takim włąśnie wchodzeniem w świat kina... Dlaczego efekty dźwiękowe i sound design są dla ciebie tak ważne?
- Mam taką dyżurną formułę opisującą, czym jest kino: to dźwięk i obraz płynące równocześnie w czasie. Jeżeli chodzi o sound design - jest to zbiór różnych dźwięków, zarówno tych konkretnych, jak i tych bardziej abstrakcyjnych, takich, które zbliżają się do muzyki, stwarzają nastrojowość w filmie. No i wreszcie jest sama muzyka... I dopiero wszystkie te elementy razem mogą wyczarować, wywołać w człowieku rzeczy nie do zrealizowania w żaden inny sposób! To jest właśnie magiczny język kina.

- W łódzko-hollywoodzkim "Inland Empire" twoje muzyczne kompozycje to choćby "Polish Night Music", także "Polish Poem"...
- Napisałem do tego muzykę i tekst, częściowo opierając się na liście, jaki otrzymałem od pewnej dziewczyny z Polski. Uwielbiam ten utwór.

- W twoich filmach brzmi coraz więcej twoich utworów - może inspiruje cię kolega po fachu Clint Eastwood, jednocześnie reżyser i kompozytor w swoich produkcjach?
- To prawda, Clint Eastwood mnie zainspirował... (śmiech). Doceniam to, że tak angażuje się w muzykę. Szczerze mówiąc, nie jestem równie dobrym muzykiem jak on, jestem za to o wiele lepszym reżyserem (śmiech).

- Ważni dla ciebie mistrzowie kina to: Billy Wilder, Orson Welles, Werner Herzog, Stanley Kubrick, Alfred Hitchcock, Francis Ford Coppola i dwaj giganci - Federico Fellini i Ingmar Bergman. Podobnie jak ten ostatni lubisz poetykę snu, koszmaru, opowiadasz historie kobiet w opresji...
- Nie jestem pewien, dlaczego tak się dzieje, ale film Bergmana albo Felliniego zawsze mnie porusza. To zupełnie odrębne kino, która ma bardzo wiele wspólnego z tajemnicą, także z tym samy rodzajem abstrakcji, jaki my, istoty ludzkie, znajdujemy w snach. Każdy z nich ma swój sposób na to, by zabierać mnie do tych światów - to nie są moje światy, nie znam ich zbyt dobrze, ale uwielbiam w nich być.

- We Francji okrzyknięto "Inland Empire" najlepszym z twoich filmów, to po nim dostałeś w Wenecji Złotego Lwa. Sporo tam zaskakującego dla twojej estetyki poczucia humoru, mam wrażenie, że drwisz z gatunku telewizyjnego show. Pod koniec filmu aktorka grana przez Laurę Dern umiera na chodniku na oczach bezdomnych i wykolejonych - to też może uchodzić za drwinę z hollywoodzkiego gwiazdorstwa, za którym kryją się często wielkie dramaty.
- Raczej nie robię filmu po to, by z kogoś drwić, to byłoby absurdalne, nie chcę być ptakiem przedrzeźniaczem. Chcę, podążając za pomysłem, wchodzić w nowe światy. I sprawiać, by to doświadczenie było realne. Jeśli pojedziesz do Hollywood, zobaczysz, że jest to jakiś mikrokosmos mikrokosmosu, kompilacja różnych rzeczywistości. To jest wspaniałe! W filmie "Inland Empire" też jest wiele różnych światów, ale jak dla mnie nie a tam tego rodzaju drwiny. Mówi się, że świat jest takim, jakim go widzimy - to mądre powiedzenie. Każdy ma świadomość, ale nie każdy ma jej tyle samo. Zatem każdy widz w kinie doświadcza czegoś innego, bo przychodzi z innym bagażem doświadczeń.

- Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że w tym filmie jednak krytykujesz pewne aspekty Hollywood...
- Spotykam się z podobnymi głosami, choć niezupełnie o to mi chodziło. Chciałbym być w Hollywood w tych czasach, kiedy było tak wiele entuzjazmu i bliskości aktorów, reżyserów. To dlatego dochodziło do tylu fantastycznych projektów, mówiło się o złotym wieku Hollywood. Teraz tej wolności nie ma, przynajmniej ja jej nie mam. Ale i tak uwielbiam tak żyć i mieszkać. Wciąż można poczuć tę magię, kiedy wiosną czy na początku lata wieczorami pachnie kwitnący jaśmin - to jest jak sen.

- W filmach "Zagubiona autostrada" czy "Inland Empire" dużo jest mroku, zdaje się, że te ciemności filmujesz coraz chętniej... Czy to możliwe, by w twoim ostatnim filmie światło - nieco symbolicznie - zgasło prawie zupełnie?
- Ja tego tak nie postrzegam. "Inland Empire" i inne filmy, owszem, mają bardzo wiele ciemnych kadrów. Zawsze powtarzam, że kiedy w kadrze jest ciemność, to symbolizuje ona nieznane. Niektórzy ludzie zupełnie nie chcą w to wchodzić, inni - przeciwnie, chcą zgłębiać właśnie to, co nieznane. Ciemność to nie jest synonim zła, to raczej tajemnica. W ciemnościach można wiele odkryć, to pole do doświadczeń, które mogą poprowadzić do czegoś wielkiego. Istoty ludzkie pociąga tajemnica, a tę reprezentuje właśnie ciemność. Ciemność to coś niezgłębionego. Działa jak magnes i to mi się w niej podoba.

- Na rewitalizowanym terenie Dworca Łódź Fabryczna i byłej elektrociepłowni miało powstać Camerimage Łódź Center i tzw. EC1, w tym twoje studio. CŁC miało być siedzibą festiwalu Plus Camerimage, imprezy firmowanej także przez ciebie. Jak zareagowałeś na decyzję Marka Żydowicza o wyprowadzeniu festiwalu z Łodzi?
- Odpowiedź na to pytanie wymaga uprzedniej odpowiedzi na inne pytanie: co sprawiło, że Marek Żydowicz w ogóle pomyślał o tym, by wyprowadzić festiwal z miasta. Odpowiedź brzmi: on i festiwal nie czują się już dobrze w Łodzi, a to przez grupę, która usunęła prezydenta Kropiwnickiego i odrzuciła nasze plany budowy supernowoczesnego centrum. Chcieliśmy stworzyć wspaniały kompleks zabudować projektu Franka Gehry'ego, który uwzględniałby potrzeby nie tylko festiwalu, ale także różne, choćby teatralne imprezy. Marek Żydowicz, ludzie związani z festiwalem oraz wiceprezydent Tomaszewski chcieli zrobić z Łodzi miejsce, gdzie kwitłoby życie kulturalne Polski, ośrodek, który tym samym przyciągałby biznes z całego świata. To, że inne miasta interesują się teraz zorganizowaniem festiwalu u siebie, rozumiem tak samo jak to, że jeśli ktoś gdzieś źle się czuje, myśli o przeprowadzce. Było tyle entuzjazmu w dążeniu do tego, by zrobić z Łodzi naprawdę atrakcyjne miasto, ale ten żar oblano zimną wodą. Ci, którzy urządzili ten lodowaty prysznic, powinni dwa razy się zastanowić - gdyby wszyscy razem mogli pracować dla Łodzi, każda ze stron byłaby wygrana.

- Przeprowadzka festiwalu zaszkodzi łódzkiemu centrum, ale i twojemu studiu w ramach EC1. Uruchomisz studio tam, gdzie ulokuje się Plus Camerimage?
- Marzenie o łódzkim EC1 wciąż żyje, ale jego realizacja zależy od grupy rządzącej teraz Łodzią. Myślałem o EC1 jako o przestrzeni kreatywności i inspiracji. Mogłyby tam współistnieć różne rodzaje twórczej aktywności: atelier malarskie, rzeźba w drewnie i gipsie, spawalnictwo artystyczne, taniec, teatr, muzyka, nagrania i montaż w filmowym studiu postprodukcyjnym. EC1 stymulowałoby procesy tworzenia poprzez galerie, w których wszystkie te prace byłyby wystawiane na sprzedaż. Zyski mogłyby być dzielone - twórcy byliby zadowoleni, znalazłyby się też fundusze na utrzymanie ośrodka. W zamyśle EC1 to strefa kreatywności, wymiany idei - chciałbym, by to przedsięwzięcie okazało się sukcesem, jest jednak warunek: wszystkie zainteresowane strony muszą naprawdę tego chcieć.

Autor jest dziennikarzem radia RMF Classic.


Ciekawa jestem, jakie są Wasze refleksje po lekturze wywiadu. Jakie zrobił na Was wrażenie?

Osobiście przyznam, że część pierwsza podobała mi się znacznie bardziej. Tak mniej-więcej do refleksji na temat "Inland...", z nimi łącznie, bo potem już nie sposób nie irytować się zmarnowanymi szansami, więc na to spuszczam zasłonę milczenia.

Zdecydowanie najbardziej zapadło mi w pamięć:
- Ale pokazujesz przemoc, bo...?
- ... bo ona istnieje.


A może macie swoje własne zdanie na temat twórczości Lyncha - tego, co wspomniane w wywiadzie, ale i zupełnie odrębnych, własnych doświadczeń filmowych z tym reżyserem? Zapraszam do dyskusji!
Zapisane

magda.m.m.
3M
Moderator Globalny
Gaduła
*****

Offline Offline

Płeć: Kobieta
Status: Urlop od forum
wiadomości: 5327

Weronika Maria


WWW
« Odpowiedz #6 : Kwiecień 28, 2010, 00:35:19 »

A ja bym chciała wspomnieć o takim panu jak Kevin Smith. Obok Tima Burtona jest to jeden z moich ulubionych reżyserów.

Jak podaje wikipedia:
Kevin Patrick Smith (ur. 2 sierpnia 1970 w Red Bank, w stanie New Jersey) – amerykański scenarzysta, reżyser oraz aktor. Znany głównie z roli Cichego Boba (Silent Bob), reżyser serii filmów o New Jersey. Scenarzysta popularnego w USA komiksu Green Arrow.

Nakręcił takie filmy jak:

Zack i Miri kręcą porno
Clerks- Sprzedawcy
Dziewczyna z Jersey
Dogma

Filmy Smitha są zawsze urokliwe, mają szczyptę większą lub mniejszą zwariowalności i bardzo ciekawy sposób pokazywania świata.
Szczególnie cenię go za Dziewczynę z Jersey z pozoru banalny film o ojcu samotnie wychowującym córkę. Jednak jak się go obejrzy to nie wstaje się już od telewizora w takim samym stanie. Bardzo mądry, poruszający film o dzieciństwie, o rodzicielstwie, miłości. I może wydawać się to banalne,  można by rzec: " to już było" . Ale nie! W takim wydaniu jeszcze nie było. Naprawdę film mistrzowski. Uczta dla oka i ducha i emocji i wszystkiego po kolei...:)

Dogma za to dotyka problemu wiary kościoła, Boga... Ukazane w ciekawy sposób i dużo lepsze niż jakiś Kod Leonarda da Vinci :P

W Smithie urzeka także to że często w swoich filmach występuje jako Cichy Bob... postać z pozoru jakby nie pasująca do filmu ale potem odgrywa tam jakąś rolę w poszczególnych wydarzeniach. Nic nie mówi a rozbraja widokiem...

Niestety nie jestem filmoznawcą dlatego mój język jest taki marny... ale od strony technicznej może Teska powiedzieć więcej bo chyba kilka filmów też widziała <lol>
Zapisane

Krowy mają łaty, świnki mają ryje, a ja jestem czarna żmija i tu sobie żyję.
Strony: [1]   Do góry
  Drukuj  
 
Skocz do:  

Działa na MySQL Działa na PHP Powered by SMF 1.1.11 | SMF © 2006, Simple Machines LLC | Sitemap Prawidłowy XHTML 1.0! Prawidłowy CSS!
Strona wygenerowana w 0.903 sekund z 40 zapytaniami.